Ładowanie


Swojaczki, czyli zakaz fotografowania

 

E019819. Bożena Walencik z wilkiem Bystrym z hodowli ŻUBROWEJ 10. © Jan Walencik 2017.

 





Przez długie lata uprawiania fotografii przyrodniczej powstało wiele oryginalnych i interesujących nurtów, niezwykle wartościowych dla poznania i zrozumienia świata żywego, a w konsekwencji dla jego ochrony, ale też potrzebnych z punktu widzenia budowania empatii i kształtowania estetyki. Obok wielu nowatorskich i odkrywczych trendów i dzieł, wśród twórców, odbiorców, komentatorów i krytyków tej fotografii zrodziło się sporo stereotypów związanych ze sposobami tworzenia zdjęć. W niektórych kręgach powstawało i powstaje nadal coś w rodzaju skodyfikowanego zestawu działań, w rodzaju: tak a tak powinno się fotografować, to uchodzi, tamto nie wypada, a tamto jest już zupełnie naganne.

To czysta utopia i zniewolenie! Dla jasności: całym sobą jestem za nonkonformizmem twórców i ich niezależnością, ponieważ w swobodzie twórczej upatruję potrzebnej pasji, energii, żaru, wrażliwości, refleksji, nietuzinkowości i odkrywczości – czynników postępowego poznawania i interpretowania świata. Zatem im bardziej nieskodyfikowany twórca, tym lepiej dla jego sztuki. Nie ma nic droższego i najżywiej pobudzającego, nad wolność samostanowienia. Nie oznacza to bynajmniej pójścia pod prąd z samej tylko przekory i ignorowania odbiorców. Każdy, kto powołał do życia choćby cokolwiek z potrzeby własnych trzewi wie, że największe spełnienie przynosi nie tylko akt tworzenia, ale i akceptacja tych, których nowe dzieło obchodzi i porusza. Bo chyba najbardziej ożywa ono wtedy, gdy staje się i zbiorowym udziałem tysięcy widzów i indywidualnym przeżyciem każdego z nich z osobna. Myślę, że istnieje rodzaj intymnej więzi między twórcą i odbiorcą, rodzaj niewypowiedzianego porozumienia, wedle którego rzeczą twórcy jest rozbudzać wyobraźnię, poszerzać świat doznań, otwierać oczy, zaskakiwać, a nawet szokować – ale zawsze tak, by nie przekraczać granicy, za którą jest negacja i niezgoda odbiorcy; najlepiej tak, by odbiorcę zafascynować tą nieznaną mu dotąd wizją, a przez to zjednać go swojej sztuce. Oczywiste, że w tym szczególnym kontrakcie znaczenie ma i uczciwość i szczerość twórcy, ale też jego talent, pasja i oryginalność są dla odbiorcy obietnicą przeżycia nowego, doznania zaskoczenia, chłonięcia wiedzy, ale i nadzieją na wskazanie niepowierzchownej postawy wobec świata.

Wracając do stereotypów tworzenia fotografii przyrody – chyba najbardziej czytelną próbą wprowadzenia rodzaju normy moralnej, etycznej, jest kwestia stosowności fotografowania zwierząt oswojonych, czy też zwierząt w ograniczonych warunkach hodowli. Są autorzy, ale też i odbiorcy czy komentatorzy, którzy uważają ten sposób fotografowania za wysoce naganny, nieetyczny i niemoralny. Ja z kolei uważam, że takie podejście jest z gruntu fałszywe. Czuję w tym jakąś organiczną niewłaściwość, niesprawiedliwość.

Aby wyjawić mój punkt widzenia na tę drażliwą dla wielu kwestię, bez zahamowań przytaczam dwa teksty (publikowany i niepublikowany). Pierwszy to fragment wstępu do naszego małżeńskiego albumu życia Saga prastarej puszczy. Opowieść filmowa, gdzie syntetycznie argumentujemy potrzebę fotografowania i filmowania zwierząt specjalnie hodowanych do filmowej produkcji. Drugi to cytat z Puchalszczyzny, przygotowywanej przeze mnie monografii życia i dzieła Włodzimierza Puchalskiego, pioniera polskiej fotografii przyrodniczej i filmu przyrodniczego. Mam nadzieję, że Jego postać znana jest wszystkim, którzy interesują się historią tych obydwu dziedzin twórczości. Przedstawiam ten drugi tekst, bo – jak widać – ów etyczny problem jest też zgoła historyczną waśnią. Może więc pora, by nowy biograf Mistrza polskiej fotografii przyrodniczej przemówił nie tylko w swoim imieniu, ale i w Jego także.

Myślę, że nakazy moralne i kodeksy postępowania, w przypadku fotografowania Natury są raczej sztuką dla sztuki, są tylko spełnieniem dla nieomylnych, pełnych cnoty moralizatorów. Warto, by oni właśnie, zanim poradzą komuś jak iść przez życie, czasem spojrzeli na siebie. Żeby uczyli się od Natury właśnie. Znam trochę postaci ze świata fotografii przyrodniczej i podziwiam tych, którzy nie tylko wspaniale, fantastycznie fotografują i wyczuwają żywy świat, ale też pozostają wierni swoim ideałom etycznym. Znam też purystów, którzy głośno ganią zdjęcia ze swojaczkami – jak nazywają lekceważąco zwierzęta hodowane – a jednocześnie mają w swoim portfolio prace z takimi właśnie. Wystarczy zajrzeć do galerii, książek, filmów, by przekonać się, ile warte są ich wzniosłe słowa.

Etyka jest w każdym z nas i – albo jest, albo jej nie ma. Nie mam zamiaru nikogo pouczać, ale i sam nie chcę być pouczany przez tych, którzy wiedzą najlepiej i zapewne nigdy w życiu nie błądzą. Szczerze wolę, aby każdy twórca, każdy fotograf i filmowiec przyrody, ważył swoje postępowanie we własnym sumieniu, bo to z nim przychodzi mu dalej żyć i tworzyć.

Przy okazji – uważam, że nie ma większego znaczenia, czy mówimy o etyce fotografowania, czy też filmowania zwierząt hodowanych. W moim twórczym przypadku zawsze łączyłem i łączę te obydwie dziedziny. Ilekroć więc piszę o filmowaniu zwierząt, to można postawić tam znak równości z ich fotografowaniem i na odwrót.

 

Jan Walencik
Białowieża, 17 sierpnia 2017 roku




E031132. Jan Walencik z rysiem Jasiem z hodowli ŻUBROWEJ 10. © Krzysztof Komar 2017. 

 




Bożena i Jan Walencik: Saga prastarej puszczy. Opowieść filmowa, ŻUBROWA 10 JAN WALENCIK 2016  – ze wstępu do albumu:

Pomysł tej książki przyszedł niemal równolegle z narodzinami filmowej SAGI. Jego istotą była nowa forma słowno-fotograficznej opowieści, jakby odkrywanej, albo wręcz budowanej przez Czytelnika na kształt scen z kina. Opowieści filmowej, pochodzącej z pierwszej ręki – od autorów, którzy napisali scenariusz i sfilmowali go w fotograficznych kadrach.
(…)
Dopełnieniem dziesięciu filmowych części SAGI jest opowieść o jej powstawaniu. W ten sposób pragniemy uzmysłowić Czytelnikowi, jak wiele determinacji, zabiegów i wysiłku wymaga owo powoływanie filmu do życia. Odkrywamy kulisy realizacji. Aby stworzyć fabularne opowieści, podjęliśmy się niemal zawodowej, odpowiedzialnej hodowli dzikich gatunków zwierząt. Sami i z pomocą innych, przygotowywaliśmy od małego filmowych bohaterów – zwierzęcych aktorów, którzy wystąpili przed naszymi kamerami. Doświadczenie pokazało nam, że współpraca ze zwierzętami oswojonymi, może bardziej: przyswojonymi, jest równie szlachetna jak filmowanie w wolnej przyrodzie. Nie mieliśmy fałszywych obaw etycznych. Zresztą, nie dbaliśmy o to, czy zdaniem purystów filmowanie zwierząt oswojonych jest faux-pas, czy nie, bo przyświecał nam ważny cel. W SADZE przemawiamy głosem zwierząt, mówimy w ich imieniu – dlatego używamy środków i sposobów z kina fabularnego, które pozwalają nam stworzyć przekonywujący obraz zwierzęcych dramatów. Mówimy nie tylko w imieniu dziesięciu bohaterów, ale w imię racji stanu wszystkich istot, wobec których my ludzie nie zadajemy sobie trudu ich zrozumienia.




E031932. Krzysztof Komar z bobrzycą Kulką z hodowli ŻUBROWEJ 10. © Jan Walencik 2017. 

 





Jan Walencik: Puchalszczyzna. Tom II. Twórczość natchniona.  Rozdział XI. Fotografia kusząca. Warsztat fotograficzny. Metody fotografowania – z maszynopisu monografii Włodzimierza Puchalskiego, w przygotowaniu:

FOTOGRAFOWANIE BEZ UKRYWANIA SIĘ –  ZWIERZĘTA OSWOJONE, W ZOO ITP.
(…)
Ogół odbiorców fotografii przyrodniczej, a w najlepszym razie spora ich część, święcie wierzy, że każde zdjęcie przyrodnicze powstaje w absolutnie wolnej, czyli uznanej za dziką przyrodzie, i że przez to samo już jest wiarygodne. Być może do takiej opinii przyczynił się nie kto inny, ale właśnie sam Włodzimierz Puchalski. Przez lata całe świadomie utrwalał wśród odbiorców wizerunek bezkrwawego łowcy, czyli myśliwego-fotografa i myśliwego-filmowca, który podchodzi i łowi wyłącznie dzikie obiekty. Zatem, w części opinii społecznej powstało skojarzenie: szlachetne fotografowanie i filmowanie przyrody = cierpliwe, mozolne oraz długotrwałe podchodzenie i czaty w dziczy. Jest w tym sporo prawdy, ale – moim zdaniem – taki bezkrwawy łowca na pierwszym miejscu stawiałby wyłącznie na zaspokojenie własnej żyłki myśliwskiej i chęć ścigania się, współzawodniczenia i przechytrzenia zwierzęcia, a w końcu ustrzelenia go kamerą. Gdyby celem fotografii przyrodniczej i filmu przyrodniczego było tylko owo zdrowe skądinąd, wspaniale angażujące łowienie i wyłącznie dokumentowanie prawdy, czyli zastanego stanu natury, to takie podejście byłoby uprawnione. Ale przecież, zdaje się, chodzi o coś zgoła innego.

Nie sama potrzeba poznawania świata zwierząt i roślin wychodzi na plan pierwszy. Obok oczywistej konieczności permanentnego podnoszenia poziomu wiedzy przyrodniczej, celem zaangażowanej popularyzacji natury, absolutnym wymogiem dnia dzisiejszego, jest przede wszystkim budzenie empatii i zrozumienia dla dzikiego życia, tak nieuchronnie przegrywającego z cywilizacją. Mówiąc wprost: celem tym jest pozyskiwanie kolejnych i kolejnych zastępów rozumnych przyjaciół Natury. Wrażliwy fotograf czy filmowiec przyrody, to przecież wolny twórca, który ma możliwość (i niezbywalne prawo) do wypowiedzenia swego ja.  Uważam, że im bardziej indywidualny, im bardziej porywający, ludzki i emocjonalny jest autor w swoich fotografiach i filmach, tym więcej przyjaciół zjedna.

Jasne więc, że w tej wielkiej sprawie ochrony dzikiego życia, sposób zdobywania fotografii czy ujęć filmowych staje się jedynie środkiem do celu, a nie celem właśnie. ARTYSTA ZDOBYWA TWORZYWO, KTÓREGO UŻYJE, BY PORUSZYĆ LUDZKIE UMYSŁY I SERCA. Jestem zdania, że to dopiero jest ten wyższy stopień uświadomienia sobie przez twórcę jego roli w prawdziwie żarliwym popularyzowaniu i ochronie natury. Takiego zdania był bez wątpienia i sam Włodzimierz Puchalski. Z tego  powodu najwidoczniej, nie wahał się wykonywać zdjęć  w warunkach zupełnie innych niż naturalne.

Puryści fotografii przyrodniczej i filmu przyrodniczego traktują zdjęcia ze zwierzętami w hodowlach, czy oswojonymi, jako wysoce niewłaściwe, a wręcz faux-pas. Za wzór, że tak nie należy tworzyć, stawiają – nomem omen – Włodzimierza Puchalskiego. Pomijając oczywiste w takich sytuacjach elementy sztuczności (których znajomość i unikanie pozwala dopiero na skuteczną pracę), rodzi się pytanie: czy zwierzę, tylko dlatego, że ma ograniczone, niepełne, czy nawet sztuczne środowisko życia i jest mniej lub bardziej przyzwyczajone do człowieka – nie jest sobą, tylko wynaturzoną tresowaną kreaturą, istotą gorszą, niegodną uwagi? Okazuje się, że nie, że wciąż ma w sobie to, co nazywamy dziką naturą. Doświadczony w przyrodzie fotograf czy filmowiec potrafi ten element, te zachowania i emocje pożyteczne wykorzystać.

Jasne, że takie zdjęcia nie mają waloru czystego dokumentu, ale natychmiast powstaje pytanie: czymże jest fotografia, czy film? Na pewno nie jest rzeczywistością, a zaledwie jej odbiciem, nowym bytem. A w rękach artysty, odbiciem kreowanym tak, by poruszało odbiorcę. Tym, którzy mają wątpliwości, polecam lekturę notatek z kalendarzyków bezkrwawego łowcy, nawet przedwojennych, gdzie zapisane są dokładne daty zdjęć w ogrodach zoologicznych. Dedykuję im również galerię fotografii Włodzimierza Puchalskiego wykonanych w hodowlach, w ZOO i z osobnikami oswojonymi  – to fotografie towarzyszące obecnemu omówieniu (…) 1 oraz omówieniu Styl fotografii Puchalskiego (…) 2. Są wśród nich sztandarowe prace artysty – o dziwo te, za które tak bardzo ceniono jego sztukę. Mam uzasadnione podejrzenie, że wychwalana wielokrotnie, pamiętna fotografia odyńca w zimie, nagrodzona złotym medalem w Berlinie, w 1937 r., to zdjęcie dzika oswojonego przez wuja fotografa, Antoniego Sykorę!

Czy to znaczy, że Puchalski oszukiwał? W żadnym wypadku! Nie! To znaczy jedynie, że jako niezwykle świadomy i doświadczony twórca, potrafił wydobyć ze zwierzęcych modeli – swojaczków, jak lekceważąco nazywają je nieomylni znawcy przyrody – tę ich prawdziwą i głęboką dziką duszę. Do wszystkiego trzeba dojrzeć…

A w sprawie powszechności opinii o powstawaniu fotografii w wolnej przyrodzie – fragment artykułu na temat jubileuszowej wystawy bezkrwawego łowcy w 1975 r.: Wczoraj w krakowskiej galerii ZPAF (najpiękniejsza w Polsce galeria fotograficzna) otwarto wystawę prac Włodzimierza Puchalskiego. Wystawę jakiej jeszcze nie było nie tylko w naszym mieście; ekspozycja należy do unikalnych w skali światowej. Oglądamy na niej niezwykle oryginalne ujęcia ptaków, zwierząt, gadów. Aby tak podpatrzyć życie fauny – np. moment wyklucia się pisklęcia – rzeczywiście trzeba wielu lat pracy, poszukiwań. Nadto bezbłędna kompozycja i harmonia tonów skłaniają także do przeżyć natury estetycznej. "Zwierzęta w obiektywie", bo taki jest tytuł ekspozycji, są też poglądową lekcją biologii stanowiąc jednocześnie swoisty relaks dla ludzi z miasta – praktycznie odciętych od świata przyrody. Zwierzęta Puchalskiego nie były fotografowane w ogrodach zoologicznych i dlatego tchną autentyzmem 3.

Cóż… powtarzana do znudzenia bzdura. Tak właśnie wyglądało budowanie nieprawdziwej legendy o Puchalskim. Nawet dziennikarz wolał ukuć ponętną fikcję niż zadać sobie trud dociekania i uczciwie przedstawić prawdę. I – o dziwo – górę wzięły jego doznania natury estetycznej i autentyzm tchnący z fotografii, skoro nie dostrzegł, że spora część zwierząt z tamtej retrospektywnej wystawy była fotografowana w niegodnych jego zdaniem warunkach hodowli. A może naprawdę górę wzięło to, co najistotniejsze w przekazie obrazu zwierząt, co właśnie Puchalski umiał  świetnie pokazać. Powtórzę: świadomy i doświadczony twórca, potrafił wydobyć z oswojonych zwierzęcych modeli ich prawdziwą i głęboką dziką duszę. Dla porządku więc – były na tej wystawie między innymi oswojone przedwojenne norki i oswojony dzik z Białkowiec, przedwojenny oswojony puchacz, przedwojenny bielik z ZOO w Berlinie, gęś Malec i inne oswojone gęsi z Potaszni, oswojony niedźwiedź z Sieradza, oswojone koźlę sarny ze Stawów Milickich, żubry z Rezerwatu Hodowlanego w Białowieży,  koszatka, mysz wielkooka i inne gryzonie z hodowli Zakładu Badania Ssaków w Białowieży…

Parokrotnie i sam Puchalski wypowiadał się negatywnie o zdjęciach w ZOO, jako podstawowej metodzie fotografowania zwierząt, a jednak sam je tam robił – rzadziej lub częściej. Do tego zmuszała go, jak sądzę, potrzeba zrealizowania konkretnych scen do filmów, albo konkretnych zdjęć do albumów, a w latach późniejszych zainteresowanie zwierzętami egzotycznymi przy realizacji niektórych albumów (dostępnymi wyłącznie w hodowlach ZOO, jeśli wykluczyć możliwość podróżowania do ich rodzimych siedlisk na innych kontynentach). Może jednak najważniejszą przyczyną – zwłaszcza przy zwierzętach częściowo lub w pełni oswojonych – była pokusa zdobycia zdjęcia względnie rzadkiego gatunku lub jeszcze większa pokusa wystudiowania zachowań modeli, których nie miał szans dojść w wolnej przyrodzie. Wykorzystywał zatem każdą nadarzającą się okazję, która zwiększała szanse na zdobycie takich zdjęć, a przede wszystkim: 

– przypadki odchowywania/oswajania dzikich zwierząt przez pojedyncze osoby – bliskich, znajomych, sokolników, leśników, myśliwych itp. (dzik, sarna, lis, żbik, wydra, kuna kamionka, tchórz zwyczajny, świstak, jeże, orzesznica, czapla siwa, puchacz);

– samodzielny odchów/oswajanie niektórych gatunków, także na potrzeby filmów (sarna, zając, lis, norki europejskie, łasice, tchórze stepowe, wiewiórka, gacek wielkouch, gęgawy, krzyżówki, kormorany czarne, czaple siwe, gołębiarz, sokół wędrowny, gile, jemiołuszka);

– specjalny odchów i układanie zwierząt na potrzeby filmów (niedźwiedzie brunatne, bataliony);

– względną dostępność zwierząt hodowanych w ogrodach zoologicznych (niedźwiedź polarny, żubry, łosie, rysie, wilki, wydra, borsuk, jenot, bielik, orzeł przedni, rybołów, orlik krzykliwy, sokół wędrowny, drop, żuraw, łyska, bocian czarny i biały, czapla siwa i purpurowa, ślepowron, bąk, głuszce, kormorany czarne, uszatka, płomykówki, syczek, puchacz, szpak, jerzyk, kruk, ryby, ssaki i ptaki egzotyczne);

– przypadki utrzymywania zwierząt w wydzielonych hodowlach zamkniętych – rezerwatach hodowlanych, zagrodach pokazowych, ośrodkach hodowli zwierzyny łownej (żubry, łosie, jelenie, koniki typu tarpana, dziki);

– przypadki utrzymywania zwierząt do celów naukowych – stacje badawcze, fermy, hodowle doświadczalne (jelenie, kuna kamionka, popielice, koszatka, nornica, norniki zwyczajne, smużka, badylarka, mysz wielkooka, bobry, ryjówki, rzęsorki, gołębiarz).

Obcując ze zwierzętami nieobawiającymi się ludzi, oswojonymi, czy też przetrzymywanymi w wymienionych hodowlach, Włodzimierz Puchalski stosował niemal te same sposoby fotografowania, jak przy zdjęciach zwierząt w wolnej przyrodzie bez potrzeby ukrywania się. Przede wszystkim, podobnie używał optyki standardowej lub portretowej, rzadko dłuższej. Taki zestaw pozwalał mu tworzyć z wielkim zamiłowaniem zwierzęce portrety. Skądinąd, właśnie w sztucznym środowisku klatek, czy wybiegów, skupienie się na twarzy modela – bez pokazywania nieciekawego tła – było jakby naturalną drogą poszukiwania atrakcyjnych ujęć. Co innego ze zwierzętami oswojonymi, czy na wpół oswojonymi. Zawsze wolał naturalne środowisko (fragment lasu, parku, łąki, rozlewiska itp.) ilekroć mógł fotografować w nim doprowadzone przez opiekuna-hodowcę zwierzę (dzik, sarna, niedźwiedź, gęś itp.). Wielokrotnie też aranżował mikrośrodowiska (terraria, akwaria, mini scenografie), w których osadzał małe oswojone lub nieoswojone zwierzęta (gryzonie, norki, łasice itp.), ograniczając im przestrzeń do poruszania się i zabezpieczając przed ucieczką z planu. Taka aranżacja umożliwiała względnie długotrwałe eksplorowanie tematu, studiowanie naturalnych zachowań przyzwyczajonego do scenografii zwierzęcia i unikanie wszelkich sztuczności.

 

Przypisy:

W oryginalnym tekście, w tym miejscu są odniesienia do konkretnych zdjęć zamieszczonych w monografii. 
W oryginalnym tekście, w tym miejscu są odniesienia do konkretnych zdjęć zamieszczonych w monografii. 
(ls). Wystawa jakiej nie było! Zwierzęta w obiektywie Puchalskiego. Gazeta Krakowska. 13 II 1975.